Nigdy nie jest tak, że cały czas wszystko, co nas otacza jest kolorowe. Po prostu chwile szczęścia jakie nastały w moim życiu musiały się kiedyś skończyć. Po prostu było za dobrze, a gdy tak jest to nagle z dnia na dzień potrafi się zawalić wszystko. Wszystko i wszyscy nagle zawodzą, złudzenia jakie istniały pękają jak bańki mydlane. Wszystkie jakieś nadzieje odchodzą. Nie ma nic, jest pustka, jest cisza. Byc może to wszystko za bardzo przeżywam, może nie powinnam. Może po prostu nie powinnam dostrzegać pewnych rzeczy, sytuacji. Jednak wszystko widzę, wszystko czuję. Nie jestem tak głupia, jak wszyscy mnie określają, nie jestem pustą idiotką, która nic nie rozumie. I nie mam zamiaru tego udowadniać.
Kiedyś znajdę to miejsce, gdzie będą się liczyć ze mną i nie będą mnie oceniać w kategorii idiotki...
Kiedyś po prostu je znajdę...
piątek,25.września.2009, 03:03
Zmiany.
Potrzebowałam czasu, żeby się ustabilizować. Czasu, by wszystko wróciło do normy. Musiałam odreagować, zrobić na przekór przeszłości.
Strata bliskiej osoby wcale nie jest taka prosta, tym bardziej, gdy wciąż mijamy ja na ulicy, widzimy jak się śmieje, ale już nie przy nas tylko przy innych. Mimo że odeszła wciąż jest cząstką nas. Na początku jest smutek, żal o wszystko. Ma się pretensje do całego świata dlaczego tak się stało, potem nastaje złość. Gniew w stosunku do tej drugiej osoby o całe zdarzenie. Masz wtedy ochotę pokazać jak bardzo jesteś silna i jak niewiele na tobie to odcisnęło ran. Następnie obwiniasz się o wszystko, próbujesz wychwycić każdy najdrobniejszy błąd jaki się postąpiło, wciąż szukając przyczyny. Lecz nie zawsze się znajdzie odpowiedź. Nieraz są sytuacje bez przyczyn i bez odpowiedzi. Ot, po prostu tak już musiało być.
Po jakimś czasie wszystko się stabilizuje, wraca do normy. Jednakże wszystko już jest inne. Nie jesteś już ta samą osobą, twoją dusze wzbogacono a kilka kolejnych blizn, które w chwilach słabości przypominają nam o swojej obecności. Wciąż się pamięta.
Próbuję wyciągnąć z tej sytuacji jak najwięcej pozytywów.
Czy jestem szczęśliwa? Tak, chyba tak. Bo w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi. W końcu są przy mnie ludzie, którzy mnie rozumieją, wspierają, przy których mogę głośno myśleć. Tym razem to nie moje głupie gówniarskie gadanie. Po prostu chyba w końcu dojrzałam do przyjaźni. Tu liczy się sztuka kompromisów. W końcu jestem sobą, w końcu wiem, że nie udaję innych. I to wszystko przynosi mi ulgę, ogromna ulgę. Choć nie wszystko jest tak jak być powinno.
I choć w przeciągu sekundy straciłam, kogoś, kto znał mnie praktycznie na wylot, to automatycznie zyskałam coś o wiele ważniejszego. Poczucie bezpieczeństwa, że w najgorszych chwilach nie zostanę sama, bo są inni, którzy są nie tylko na dobre, ale przede wszystkim na złe.
Mam już dość przejmowania się kimkolwiek, pora zająć się sobą. Kto powiedział, że mam być rozważna i spokojna. Pora na małe i duże szaleństwa. Spotkania bez zobowiązań. Nie będę już siedzieć jak szara myszka i zastanawiać się, co powinnam, a co nie. Chcę korzystać z tego, co kiedyś było niemożliwe. Pora na zabawę.
Teraz wiem, że trzeba coś stracić, aby zyskać.
Byłam związana na własne życzenie i myślałam, że tylko tak będzie mi najlepiej. Na własne życzenie zamykałam się w klatce. Dziś klatka jest już pusta, jestem wolna.
I podoba mi się ta wolność. A wątpiłam w osuszenie łez, głupia. Został tylko żal i tłumiony ból. Ale to nieważne, kiedyś przejdzie, a wtedy już na pewno nie wrócę do klatki. Żadne zaproszenia mnie nie przekonają.
Bo nie pozwolę kolejny raz zrobić z siebie śmiecia, którego można ot tak, bez wyjaśnienia wyrzucić.
I kto powiedział, że ja jestem słaba?! To już przeszłość.